Race to Home – RELACJA

2017-11-23
0
322

Czasami dobrze jest się porządnie wynudzić. Zresztą deszczowe angielskie dni sprzyjają nudzie. Takiego właśnie dnia, przeglądając w większości bezużyteczną część internetu, jakimś cudem natrafiłem na ogłoszenie Race To Home. Zaraz, zaraz, słyszałem coś o tym. Jeden wariat jechał motocyklem do Polski, w tą i z powrotem, bez odpoczynku, bez snu, bez celu. Teraz zaprasza innych, żeby jechali razem z nim. Dobre sobie, oszalał. Komentarz jest prosty: wchodzę w to.

Bez zastanowienia napisałem maila z moją kandydaturą. Szybko przyszła odpowiedź od Karola: Tomasz, witam w grupie. W związku z tym, postanowiłem się jednak zastanowić nad sensem tego zamierzenia. Sensu nie znalazłem. Nic poza pytaniem samego siebie, po co to robisz? Poza mrowieniem w okolicach mostka z ekscytacji. Nic poza bananem na twarzy kiedy o tym myślałem. Oj tam. Kto powiedział, że wszystko musi mieć jakiś sens?

Czas na przygotowania. Na pewno będzie potrzebna dobra kondycja. Zakładam adidaski i idę biegać. Boże, jakie to nudne zajęcie. Do tego płuca jakoś dziwnie palą. Ok, lepiej zajmę się motocyklem. Pojechałem na planowy przegląd i tłumaczę mechanikowi co to jest Race to Home. Proszę go, aby przygotował motocykl na tak wymagającą trasę, a on popatrzył i mówi: przecież to Honda, już jest gotowa. Wredny mechanik. Przecież muszę się jakoś przygotować.

Wiem, nie będę jechał nudnym motocyklem. Karol ma naklejki na swoim, to i ja okleję. Podjechałem do znajomej firmy (MotionSigns), oddałem kluczyki i wypowiedziałem chyba najgłupszą rzecz w moim życiu: „macie wolną rękę”. Już w drodze powrotnej złapała mnie panika, a jadąc kilka dni później po odbiór motocykla, byłem przygotowany na zawał serca. No i okazało się że… wiecie jakie to uczucie jak zrobiliście w pracy coś głupiego i wzywa Was szef na dywanik? Spodziewacie się nagany lub zwolnienia a tymczasem dostajecie awans i podwyżkę? Ja też nie wiem, ale kiedy zobaczyłem swój cudnie oklejony motocykl, pomyślałem, że to musi być podobne wrażenie.

Czas leci nieubłaganie. Wyjazd już niedługo. Nie mogę się doczekać. Karol zapoznał wszystkich uczestników. Jedziemy w czterech. Dostaliśmy od niego ogromną dawkę wiedzy na temat przygotowań logistycznych, odzieżowych, posiłkowych jak i zachowań na drodze w trakcie wspólnej jazdy. Trzeba przyznać, że ma chłopka wszystko ogarnięte. Niestety na kilka dni przed startem dowiaduję się, że w wyścigu zostało nas tylko dwóch. Szkoda, ale co zrobić.

Dzień startu. Jestem wyspany, przygotowany, najedzony i przerażony. Jakoś tak mocniej do mnie dotarło w co się wpakowałem. Nic to, jadę do Ace Cafe. Jakoś to będzie. Nawet motocykl umyłem. Drugi raz odkąd go posiadam. Na miejscu jest już Karol i spora grupa zainteresowanych motocyklistów. Będziemy mieli asystę do Tunelu. Są też aparaty, kamery, sponsorzy. Grubo.

Wybiła dziewiętnasta. Ostatnie pytanie Karola, wszystko ok.? I startujemy. Cel – wrócić w mniej niż 40 godzin.

Przejazd przez Londyn wyszedł bardzo sprawnie i całkiem efektownie. Trochę nas porozdzielało na światłach ale reszta ekipy dogania nas tuż przed Tunelem. Ostatnie ciepłe słowa i wjeżdżamy do pociągu. Teraz mam już całkowitą świadomość uczestnictwa. Niepewność zniknęła. Pozostało tylko wyzwanie i radość.

Z Calais grzejemy prosto do Belgii. Nawet nie wiem kiedy obok nas pojawia się kilka motocykli z asystą. Z wielką biało czerwoną flagą prowadzą nas do check point w Nazareth. To już? Tak szybko dojechaliśmy? Szok, na miejscu wita nas kilkadziesiąt osób. Co oni tu robią? Przecież jest pierwsza w nocy. Bardzo serdecznie wita nas właściciel warsztatu motocyklowego w którym został zorganizowany postój. Potem Karol powiedział mi, że to były zawodnik Moto GP. Wow, ściskałem mu rękę i nawet colę mi przyniósł. Fajny koleś.

Motocykle sprawdzone i zatankowane, jedziemy dalej. Chłopaki prowadzą nas mniej więcej do Antwerpii. Pozdrowienia i dalej już we dwóch. Karol prowadzi bardzo sprawnie i bezpiecznie. Jadąc za nim, czuję pełen komfort. Niedługo dojeżdżamy do drugiego check pointu w Krefeld i tu zonk. W umówionym miejscu nikogo nie ma. Kręcimy się trochę po okolicy, wypatrujemy motocykli na parkingach ale na nic. Trudno, jedziemy dalej. Teraz dłuższy odcinek do Zgorzelca.

Mówi się, że niemieckie autostrady są nudne. Owszem, w puszce, kilkukrotnie droga nużyła mi się okrutnie. Ale teraz, mały ruch, fajna pogoda, przyjemne dudnienie wielkiego twina w KTM Karola. Swojego motocykla nie słyszę, mam seryjny wydech. Kilometry lecą jeden za drugim a ja nie mogę się doczekać co będzie za następnym łukiem. Oczywiście będzie tam taka sama nitka czarnego asfaltu ale jakoś ciągle sprawia mi ona radość.

Kilka tankowań dalej, zaczyna świtać. Nigdy jeszcze nie widziałem świtu jadąc motocyklem. Kurczę, jakie te noce krótkie. Po chwili wjeżdżamy w deszcz. Zatrzymujemy się na parkingu. Zakładam spodnie z gore-texem. Za następnym łukiem autostrady wyjeżdżamy z deszczu. No świetnie. Słońce świeci jak oszalałe. Robi się coraz goręcej. Przyzwyczaiłem się, że Karol zna trasę i nie zwracam uwagi na nawigację. Karol łapie zjazd z autostrady. Ja nie będąc przygotowanym, nie zdążyłem. Bezpieczeństwo ponad wszystko, więc nie robię gwałtownych manewrów i niestety nadrabiam 15 kilometrów.

Wracam na trasę i cisnę w pogoni za Karolem. Droga jest bajeczna. Przyczepność rewelacyjna, łuki łagodne i żadnych niespodzianek. Niezmącona przyjemność szybkiej jazdy. No, może tylko ten cholerny Top Box. Po co go brałem? Z jaką prędkością mogę jechać, żeby nie odpadł? Na wszelki wypadek nie przekraczam 230 km/h (nie, nie łamię przepisów). Po chwili mijam informację „następna stacja benzynowa za 140 km”. Z taką prędkością, to cholernie daleko. W połowie dystansu paliwa mam niewiele. Zwalniam i próbuję kalkulować ale na niewiele to się zdaje. Jadę więc z duszą na ramieniu. W końcu widok stacji cieszy mnie niezmiernie. Podczas tankowania słyszę znajomy gang twina. Skąd Karol wiedział gdzie mnie szukać?

Ojczyzna wita nas piękną pogodą. Wjeżdżamy na kolejny check point do Zgorzelca, gdzie wita nas szalenie sympatyczna grupa ludzi. Na wielkim monitorze widzę mapy Google ze śledzeniem naszej trasy. Kurczę, to ktoś naprawdę na to patrzy? Częstują nas najlepszą Gulaszową jaką w życiu jadłem. Przebieram się w ciuchy na upał (może ten Top Box nie był jednak głupim pomysłem) i jedziemy dalej.

Autostrada do Katowic okazuje się innym światem. Jedziemy przepisowo więc wystawiamy się na szereg niebezpieczeństw. Kierowcy w Polsce zdają się nie mieć doświadczenia z motocyklistami. Przepychają się, naciskają z tyłu, wpychają się na ten sam pas obok motocykla. Masakra. Karol nieomal został zepchnięty z drogi. Jadąc z tyłu, non stop „nadziewam” się na jakiś samochód. Gdy tylko Karol wyprzedzi jakieś auto, jego kierowca natychmiast zmienia pas, jakby rzucał się w pościg. Nikt nie zauważa drugiego motocykla. Włączam więc długie i nieco zygzakuję, żeby coś im błyskało w lusterkach. Pomaga.

Mamy niekomfortowe warunki, niekomfortową prędkość i niektóre części naszego ciała także błagają o chociaż odrobinę komfortu. Zbliżamy się do Wodzisławia Śląskiego, nagle Karol zwalnia. Nie wiem o co chodzi. Po chwili dołącza do nas grupa motocyklistów. Nasza obstawa. Jak on ich wypatrzył?

Do Wodzisławia Śląskiego wjeżdżamy sporą grupką a tu nagle z bocznej uliczki dołącza do nas prawdziwa parada motocyklowa. O kurczę, dużo ich, fajnie. Mamy honorowy przejazd przez miasto. Motocykliści sprawnie blokują kolejne skrzyżowania i ronda. Widzę, że w Polsce takie zachowanie ma bardzo głęboki sens. Na zachodzie Europy, nie raz jechałem w paradzie. Żaden samochód nigdy nie próbował się wciąć. Tutaj, gdyby nie blokowanie wjazdów co chwilę mielibyśmy niebezpieczną sytuację.

Wjeżdżamy do parku miejskiego i dech mi zapiera. Mnóstwo ludzi. Pół miasta przyszło? Wielka brama z napisem META. Stragany, megafony, dzieci z chorągiewkami. Nie wiem co jeszcze, jestem zaszokowany. Karol jest tutaj bohaterem. Mnie podstawiają mikrofon pod nos ale nie wiem co powiedzieć. Nawet nie wiem jakie było pytanie. Zdjęcia, wywiady, w co ja się wpakowałem?

Mój kask zniknął. Okazało się, że wzięli go do czyszczenia. Pełna profeska. Na pięterku przygotowali dla nas pomieszczenie do odpoczynku. Została nam godzina, próbujemy się przespać. Karolowi się udaje, mnie niestety nie, ale przynajmniej tyłek odpoczął.

Szybka zbiórka i ruszamy w tą trudniejszą część trasy. Tak czułem, że powrót będzie wymagający ale nie wiedziałem jakim okażę się wyzwaniem. Kolana już wołały o pomstę do nieba. Machaliśmy nogami coraz częściej, żeby nieco rozprostować. Nadgarstki też dostały w kość, szczególnie ten prawy. Pośladki, mimo spodenek kolarskich z żelem, ugniecione jak nieszczęście. Jednak największym wyzwaniem było utrzymanie koncentracji.

Po kilku godzina zaszło słońce. Upał trochę zelżał. Nareszcie. W Niemczech staramy się utrzymać dobre tempo ale nie jest to już takie łatwe. Bezpieczeństwo przede wszystkim, więc do jazdy w tych warunkach podchodzę z dużą rezerwą. Ruch jest większy, sporo robót drogowych, łapią nas opady, różnego rodzaju. Już po zmroku, wjeżdżamy w „deszcz” muszek lub komarów. Przecieram kask myśląc, że to krople wody. Całe to cholerstwo rozmazuje mi się na szybce. Muszę mocno zwolnić. Gubię Karola. Później rozdzielamy się jeszcze kilkukrotnie, jednak za każdym razem, kiedy tankowałem, słyszałem zbliżające się znajome dudnienie twina. Nie wiem jak On to robił. Zawsze znajdował mnie ja którejś stacji benzynowej.

Zmęczenie daje się we znaki. Obniżam tempo i nadążenie za Karolem przychodzi mi z trudem. Wyprzedzam go więc i teraz ja prowadzę pokazując z jaką prędkością czuję się pewnie. Przejeżdżamy tak pół Niemiec. Na kolejnej stacji benzynowej, muszę dłużej się zrelaksować. Karol jedzie dalej. Podejmujemy decyzję, że każdy będzie jechał swoim tempem i łapiemy się jeżeli się uda. Droga do Belgii, to droga przez mękę. Zatrzymuję się co chwilę, żeby nie dopuścić do utraty koncentracji. Podczas jazdy kombinuję, żeby nie złapała mnie senność. Zaczynam śpiewać. Kolejno polskie hity ale nie pamiętam żadnego tekstu w całości. Jak to? Zaczynam więc śpiewać o tym co się dzieje dookoła. Po dwóch godzinach mam już szlagier na temat tego, że chce mi się siku.

W Belgii znowu dłuższy postój. Bardzo mocna kawa i obserwowanie jak niebo powoli się rozjaśnia. To mi daje kopa. Ocknąłem się całkowicie. Piszę do Karola, okazuje się, że czeka już na pociąg. Zostało mi 140 kilometrów do Calais. Idzie całkiem sprawnie, jakbym obudził się na nowo. W końcu jest. Terminal Euro Tunelu. Na szczęście jest bardzo mały ruch. Wjeżdżam do pierwszego z rzędu pociągu. W wagonie siadam na podłodze i próbuję się przespać. Po chwili czuję mocne przyhamowanie. Jezus Maria, motocykl mi się przewróci. Zrywam się na równe nogi. Jeszcze widziałem jak się bujnął ale wytrzymał. Resztę drogi śpię na motocyklu. Top Box służy za poduszkę. Jakiż on wygodny.

Droga z pociągu do Londynu jest niemal pusta. Śmigam więc w pełnym komforcie. Wiem, że meta już blisko, wie to mój tyłek bo przestał boleć, wiedzą to nadgarstki i kolana, wie to także motocykl, bo rwie aż miło. Tylko opony zjechałem na kwadrat, więc poręczność gdzieś zniknęła.

W Londynie dojazd do mety to ten sam odcinek, którym codziennie jeżdżę do pracy. Dzisiaj go lubię.

Na metę wpadam z czasem 37 godzin i 15 minut. Czterdzieści pięć minut za Karolem ale pobijam ubiegłoroczny rekord. Siadam na murku i po chwili czuję, że to co zrobiłem, zrobiłem dla siebie i że była to najfajniejsza rzecz jaką dla siebie zrobiłem. Że dałem radę. Czuję się z tym bardzo dobrze.

Za rok chcę znowu.

 

Tomasz

Uczestnik Rajdu Race To Home 2016 Edition